Podróż
wrzesień 9, 2006
Moje opowiadanie sprzed 2 lat, proszę o wyrozumiałość. Nic nie poprawiałem. Błędy ortograficzne teraz mogą śmieszyć:P ENJOY
Rozdział I-Londyn
Nie będę pisał skąd jestem, bo to bez sensu. Co wam da fakt, że urodziłem się w Londynie? Takie pierdoły tylko zajmują miejsce na czystych kartkach papieru i świadczą o tym, że autor nie wie co napisać. Fakt. Nie wiem jak zacząć. Kiedyś, jak byłem mały oglądałem “Kubusia Puchatka”, ten mądry żarłok powiedział” nie wiesz jak zacząć, to napisz, że leżał liść”.
Leżał liść. A właściwie ich cała masa. Nic dziwnego jesień ma to do siebie, że spada kupa liści. Jest w tym jakiś urok, ale nie wtedy, kiedy jeszcze leje deszcz, a ty wracasz do domu busem, bo chciałeś sobie “się przejś” a tu w połowie drogi zaczyna lać. No więc czekasz na transport. Czekasz na ten transport cholerne pół godziny, marzniesz w tym cieńkim garniturze i wylakierowanych (po dniu pracy lekko matowych) mokasynach i jesteś zły na pogodę, monotonność, kumpli, samotność i na inne bzdety. Wtedy spadające liście jesiennym popołudniem nie mają uroku. Wierzcie mi. No to wracam “Czerwonym autobusem” do mojego domu na przedmieściach( dlaczego nie wziąłem taksówki? Człowiek na starość głupieje). Pracuję w najlepszym biurze maklerskim w Londynie. Zarabiam krocie na szczęściu jednych i niesczęściu drugich firm( Trzeba być wdzięcznym kretynom, dzięki nim inni zarabiają pieniądze). Tak. Jestem bogaty. Mam dom przy Earsfield Road, ładny, naprawdę. Z basenem. Ocieplaną podłogę, ochronę, najnowsze techniczne gadżety i trzy samochody, a pojechałem upchanym mokrymi ludźmi autobusem, a nie taksówką. Boże. Przywitałem się z Johnem i Martym, moimi “bodyguardami”, i wszedłem do domu. Zdjąłem te moje ciuchy walnąłem w pralkę, poszedłem zrobić sobie gorącą herbatę z miodem i cytryną, ubrałem się w ciepłe spodnie, papcie, szlafrok. Mój dom to jedno duże pomieszczenie. Nie ma wielu ścian. Mniej więcej na środku środku chatki stoją cztery duże drewniane kolumny, które popierają antresolę. Mam na niej sprzęt do ćwiczeń, kilka kozetek â la Freud, które stoją obok biblioteczek Jakieś obrazy młodych talentów oraz jeden mój własny. Przedstawia czarną kropkę na białym tle. Mówili mi już, że ktoś już to namalował. I co z tego. Kuchnia jest w lewym rogu domu skierowana na południe. Usiadłem więc na sofie, wziąłem “Financial Times”, ale nagle ją odłożyłem. Zadzwoniłem do Johnego.
-Gdzie jest Bertha?- spytałem o moją pokojówkę- dlaczego nie przyszła?
-Eeee, noooo w sumie to dzisiaj sobota i ona miała być tylko do trzeciej.
-A….No fakt. Ok.
Miała być do treciej, sam jej dałem tą wolną sobotę.
Załamany usiadłem przy oknie. Patrzyłem jak krople kapią na moje okno i zostawiają przeróżne ślady. Dlaczego ja już zapominam o tak prostych rzeczach. Przez starość mogę zrujnować firmę.Walczyłem ze sobą, nie chciałem, żeby ta myśl dotarła do mnie…stało się, jestem nieasertywny. Myśl wygrała. JESTEM ZA STARY. Położyłem się. Cały czas rozmyślałem co robić. Osiągnąłem cholernie wiele, a jednocześnie nic. Nic nie wniosłem do społeczeństwa, nie wiem czy ktoś mnie lubi, jestem sam. Mimo iż bogaty i przystojny to jestem sam. Spakowałem swoje ubrania, niegtóre gadżety, zostawiłem czeka na 10000₤ dla Berthy i napisałem na kartce, żeby sprzątała tu co tydzień. Napisałem też, że będę tęsknić, a oprócz rachunków i opłat dla Johna i Martyego co miesiąc może sobie wziąć to co zostanie. Wsiadłem do mojego czarnego Bentleya z 1975 roku i pojechałem do Brighton na prom. Jadąc te sześćdziesiąt mil rozmyślałem dokąd popłynąć. Przez trzydzieścisześć lat mieszkałem w zatłoczonym mieście. W spalinach, brudzie, korkach tempie, więc wolałbym pojechać gdzie, gdzie jest…ciekawiej.
*************************************************************************************************************
-Jeden bilet do Kuala Lumpur.
-Zwykły czy ulgowy- spytała kasjerka
-Czy ja wyglądam na piętnaście lat? Normalny. Klasą biznesową. NAJDROŻSZĄ.
-Dobrze proszę pana, już daję, z autem czy bez?
-Z
-1049₤
-Dziękuję pięknie, do zobaczenia- skłamałem.
-Do widzenia. Następny!!!
***
Płynąłem tam dwa dni. Było fajnie. W międzyczasie poczytałem sobie o Malezji. Co warto zwiedzić, które rejony tego egzotycznego kraju omijać. W sumie to znudziło mi się to całe życie w pośpiechu. Ta ciągła gonitwa za marnością. Choć z drugiej strony to mam wszystko. Dom, pieniądze, znajomości na całym świecie, więc nie muszę wydawać w Malezji 2000$ za nocleg w hotelu, bo mogę sobie nocować u Ossana. Ossan jest teraz szychą. Nie był nią kilkanaście lat temu. Pracował u nas w firmie, był nielegalnym emigrantem. Jako jedyny mu pomogłem. Dałem trochę grosza. Defakto sam nie miałem zbyt wiele, ale wiedziałem, że to mi się opłaci. Mam nosa do takich spraw. Miał koleś talent i tyle. Niektóre jego pomysły, przyniosły mi niezłą sumkę na konto. Nie miał mi tego za złe. Nie powiedziałem mu. Potem, jak się dorobił, wyjechał z powrotem do Kuala Lumpur, żeby założyć tam swoje biuro. “Kennaan & Abdullah” jest właśnie jego. Ostatnio dostałem maila od niego, powiedział, że muszę go odwiedzić i powspominać stare czasy. Podróż przeleciała szybko. Skończyłem “Przewodnik po Kuala Lumpur”, sprawdziłem czy wszystko mam, wziąłem kluczyki i poszedłem po Bentleya. Wyjechałem na główną ulicę i powiem szczerze: Londyn to wiocha. Serio. Te wieżowce, ulice, pociągi nadziemne- Nowy Jork Azjii.
I nie muszę słuchać tego niechlujnego amerykańskiego angielskiego. Podjechałem na najbliższy parking i zadzwoniłem do Ossana.
-Halo!!! Mike, stary, jak dobrze że tu jesteś- powiedział Oss.
-Cześć, cześć!!! Słuchaj jak do Ciebie trafić? Wyślij mi na maila jakąś mapkę czy coś w tym stylu.
-Widzisz tą chatkę na wzgórzu?
-Skąd wiesz gdzie jestem?
-Widać ją z każdego miejsca w Kuala Lumpur- powiedział “skromnie” Oss.
-Aha
-To jedź główną ulicą Eskadamambanah i spytaj o dojazd na wzgórze Kelahndisah, każdy będzie wiedział, przepraszam cię teraz, ale muszę kończyć zobaczymy się przecież za 20 min.
Eskadaco? No bardzo się stał dowcipny, nie ma co, a na mnie się wnerwiał, bo nie rozumiał Berkley Ave.
Owszem widziałem jakieś napisy â la ﻦﻒﻘﺐﺝﺲﻁ albo ﺽﺪﺱﻘﻥﻡﻡﻱ ale co to znaczy to Allah jeden wie, bo ja wątpię, żeby to Jezus lub ktoś inny z trójcy zrozumiał. Przypomniałem sobie, że mam w telefonie dyktafon, który nagrywa rozmowy, a więc ustawiłem na ten moment, w którym Oss mowi ulice i podjechałem do policjanta.
-Przepraszam, czy mówi pan po angielsku?
-Tak.
-Czy mógłby mi pan powiedzieć gdzie jest ta ulica?- i póściłem taśmę.
-Tak, oczywiście, każdy to wie- to “każdy” podkreślił wyjątkowo dobitnie zaczął mi tłumaczyć tymi ich ulicami, w końcu się uśmiechnął i powiedział:
-Rozumie?
-Nie, nie rozumie-wyjąłem 100 $ i dałem mu je- może pan wsiąść i mnie pokierować?
-Nie, nie mogę, naprawdę.
Gdy mu dałem 200 $ to sytuacja się zmieniła, mało że mnie pokierował, to jeszcze mi zaśpiewał piosenkę, która brzmiała niczym wycie kota w nocy.- Dziękuję, do widzenia, dziękuję również za koncert.
-Nie ma za co, nie ma za co. Żegnam pana.
Heh, poraz kolejny się przekonałem, że prawo jest jak sieć pająka- zatrzymuje małe meszki, a przepuszcza duże muchy. Za 100$ nic nie chciał zrobić, a za 200 zrobił mi nawet koncert. Wjechałem na tą górkę podziwiając widoki tego cudownego miasta. Ta nowoczesność cudownie przeplatała się z zielenią pobliskiego lasu, niesamowity widok. Nawet zrobiłem zdjęcie moim aparatem cyfrowym.
A co! Ta “chatka” nie przypominała chaty. Była gigantyczna. Chyba tylko król Malezjii. Cała posiadłość na oko miała około 2000 metrów kwadratowych. Dwupiętrowa willa zrobiona w “angielskim stylu” była otoczona trzymetrowym, kamiennym murem. Do pałacu ( to jest dobre słowo) prowadziła kamienna droga, było w niej kilka rozgałęzień, które prowadziły gdzieś tam za dom. Wysiadłem z samochodu. Podszedł do mnie chłopak w wieku około 21-22 lat i poprosił kluczyki, był ubrany w elegancki garnitur, chyba od Armaniego, bo tylko on ma taki krój. Chłopak rzucił kluczyki innemu młodzieńcowi, który nie był ubrany tak gustownie- zwykły, tradycyjny strój. Powiedział mu coś po “ichniemu”, chyba o to, żeby zaparkował moje auto, bo młody pobiegł szybko do Bentleya i odjechał.
-Pan Ossan zaprasza- powiedział ten w Armanim- bardzo się cieszy z pańskiego przyjazdu, jeszcze nigdy nie był tak…szczęśliwy. Dużo mi o panu opowiadał. Jest panu naprawdę wdzięczny za pomoc w trudnych czasach. Zaprowadzę pana do pańskiego pokoju, dobrze?
-Jasne- odpowiedziałem- kiedy się zobaczę z Ossem?
-Zaraz, tylko pokażę… Oto on, pański pokój.
Był piękny, takiego przepychu jeszcze chyba nie widziałem, nawet Kreml nie jest taki…ładny.
Przede mną stało olbrzymie łóżko w stylu wiktoriańskim, podszedłem bliżej, żeby się przyjżeć się wzorkom. To były listki wykonane z niesamowitą precyzją. To było dzieło sztuki.obok łóżka stała równie piękna komoda, zostawiłem na niej rzeczy. Z okna miałem widok na ogród. Mnóstwo rzeźb, fontann, ławeczek, huśtawek oraz bawiących się dzieci z ich matkami.
-Idziemy? Czy chce się pan może przebrać?
-Tak, poczekasz? Wezmę prysznic i się szybko przebiorę.
Wszedłem do łazienki za trzecim razem, bo wcześniej nie mogłem natrafić na nią, za pierwszym razem trafiłem na…szafę? Nie wiem czy można tak powiedzieć o pomieszczeniu, które ma 20 metrów kwadratowych z szufladkami i wieszakami ze złota., za drugim razem trafiłem na salon z 70 calowym telewizorem i sprzętem hi-fi takim jakim ja mam oraz czterema rzędami krzeseł. To było “kino domowe”. Wreszcie łazienka. Ogromna wanna z biczami wodnymi, miała średnicę z 4 metry, podłoga była cała z marmuru. Obok toalety stał zupełnie niepotrzebny bidet( po cholerę to komu). Wyobraziłem sobie siebie wypinającego tyłek do tej “niskiej umywalki”. Sama myśl mnie rozbawiła. Idiotyzm. Nie miałem czasu na kąpiel, nienawidzę spóźnialskich i sam nie lubię się spóźniać. Wziąłem prysznic. Wytarłem się i ubrałem się luźno. Teraz jak jestem niezależny, to w dupie mam to co inni myślą o moim wyglądzie.( Schludnym trzeba być to fakt, ale, nie będę się ubierać w garnitur w temperaturze 40 C, na łeb mi nie padło. Poszedłem w tych moich piaskowych szortach, koszuli i sandałkach.
-Ossan?
Przede mną stał facet ciemnej karnacji. Był dość wysoki, tak około 6 stóp i 6 cali. Był ubrany w najlepszej klasy piaskowe spodnie do garnituru, białą, lekko rozpiętą koszulę oraz tak samo jak spodnie stylową marynarkę. Buty ze skóry węża nie przypadły mi do gustu. Jestem konserwatywny, nie lubię żadnych innowacji w modzie. Ossan lekko przytył, widać był po twarzy. Rosnął mu podwójny podbródek, a wąsy oszpecały tą całą elegancję stroju. Hitlerowskie wąsy. Oszalał chyba.
-Ossan, Ossan. A co myślałeś?
-Zmieniłeś się, serio, trochę przytyłeś. Złota się najadłeś?
-Siadaj- wskazał, na bordową, antyczną sofę.- Ty wyglądasz o wiele lepiej niż 10 lat temu. Ćwiczyłeś?
-Taaa, trochę siłowni i biegania co rano, tyle. Co tam u ciebie Os, opowiadaj, widzę, że sobie dogadzasz. Te służące, karmerdynerzy, dzieła sztuki, złote bidety…
-Raz się żyje stary. Po wyjeździe z Londynu kupiłem tu sobie działkę. Popracowałem, na giełdzie, dorobiłem się i proszę!!! To wszystko moje!!! Mam malutkie kłopoty, ale miną, zresztą nieważne, teraz ty opowiadaj!!!
-Cóż, po odejściu Malone’a-naszego starego szefa-przyszedł nowy jego syn. Facet lubił się zabawić, nie był “typowym” szefem. To pokerek, to brydż, to kasynko, wiesz o co chodzi. Polubił mnie. Z czasem zaczął rujnować biuro,skoro za jego “kadencji” ja miałem najlepsze wyniki, to zostałem szefem “Malone & Rudolph Stockbrokers”…
Przegadaliśmy kilka godzin, w międzyczasie wypiłem chyba 5 litrów herbaty, każda miała inny smak. Kawa była również znakomita, najlepsza, którą kiedykolwiek piłem. Zostałem ugoszczony tysiącami różnych dań. Kuchnia włoska, tajska, chińska, rosyjska, francuska, niemiecka… Boże, tego było tyle, że nawet nie pamiętam wszystkich nazw.
-Heh, a opowiadałem ci- mówiłem połykając kawałek, cudownie miękkiego befsztyka w sosie truflowym- a opowiadałem ci jak byłem mały, tak około 12 lat, to moja siostra- Jane, ze zdenerwowania walnęła mnie kijem szerokości bejsbola? Pierwszy raz ze złości, ale jak leżałem, to przeklinałem ją, więc dobiła mnie jeszcze raz- ze strachu. Miała- śmiałem się- 9 lat, więc uszło jej to na sucho… Dzieci nie są złośliwe, dzieci są złe.
-Współczuję ci Mike, słuchaj, już jest późno, chodźmy spać, zobaczymy się jutro. Moi ludzie obudzą cię jutro wcześnie, jemy śniadanie około 10 rano. To dobranoc !!!
-Dobranoc, ale się cieszę, że cię znowu widzę stary.
Hahaha, o 10 rano, ja jadłem wcześniej śniadanie o 7. “Wcześnie”.
Wstałem o 9. Przeszedłem się po pokoju na golasa, spojrzałem przez okno na ogród. Gdzieś daleko było widać wodę. Gdzieś przy mieście Kelang chyba. Widok niesamowity. Słońce już dość dawno wzeszło, ale było i tak widać cudowne czerwono-pomarańczowo-karmazynowe niebo. Zapomniałem zrobić zdjęcia. Ponieważ tylko brałem prysznic, to postanowiłem się wykąpać w wannie, napuściłem wodę, wszedłem, zrobiłem sobie “pianową mgłę”, zrelaksowałem się i rozmyśliłem się. Co miał na myśli Oss, mówiąc, że ma “kłopoty, ale miną…”. Eeee tam, nie będę pytać, przyjechałem tu, żeby wypocząć, a nie znowu ratować czyjś tyłek. Wyszedłem, ubrałem się i włączyłem telewizor. O 10 przyszedł po mnie “Armani”, zaprowadził mnie do Ossa, który siedział przy stole i czytał “Malaysian Times”. Spojrzałem na datę- 22.10.03, spojrzałem na zegarek- 24.10.03. Coś tu nie gra. Przestawiłem go, więc to nie kwestaia mojego roztargnienia. Żaden makler nie czyta starego “Timesa”, po co mu ceny akci sprzed dwóch dni. Ale wolałem się spytać.
-Co czytasz?
-Gazetę…Aaaa. Hehe, ceny akcji.
-Taak? I co tam?
-Down Jons spadł o 0.9 %
Po cholerę on ogląda gazetę sprzed dwóch dni, z nieaktualnymi cenami? Jaki “Down Jons”?
-Nie jesteś maklerem- powiedziałem- nie znasz się na akcjach, makler nie ogląda starych gazet, dlaczego mnie okłamywałeś? Co ty robisz? Czym się zajmujesz? Powiedz mi natychmiast!!!
Ossan wziął mnie za ramię i pociągnął za sobą
-Porozmawiajmy na osobności-powiedział, poszliśmy w stronę bawiących się dzieci, usiedliśmy przy fontannie- Stary, będę szczery. Czy ty myślisz, że ja bym tak szybko się dorobił takiej kasy na “czysto”?Nie! Kłamałem, że jestem maklerem, bo wiedziałem, że się na mnie obrazisz jak ci powiem prawdę. Nie będziesz krzyczał?-spytał słodko niczym dziecko mówiące do taty po utajeniu zbicia lampy
-Nie, nie będę-odpowiedziałem
-Jestem przestępcą, kradnę dzieci dyplomatów dla okupu i szmugluję broń do USA, reszty lepiej żebyś nie wiedział.
-NA ŁEB CI KURWA PADŁO????- krzyknąłem- przecież byłeś dobry, miałeś talent, a teraz kradniesz dzieci i szmuglujesz broń, a co jeśli któryś z rodziców nie zapłaci? Zabijasz dzieciaka, czego nie mam wiedzieć??? Odcinasz im palce, za każdy dzień zwłoki??! Popieprzyło cię?!
-Miałeś nie krzyczeć.
-….Kłamałem. Zresztą ty mi kłamałeś 10 lat.
-Nie prawda! Zająłem się własnym biznesem, to nie kłamstwo!
-Ha!- wzdrygnąłem śmiechem- ty to nazywasz… “biznesem”? Głupi jesteś. Boże!!!Każ spakować moje rzeczy, wyjeżdżam.
-Ale…
-Co “ale”??? A jeśli cię tu śledzi policja, to co ja zrobię, złapią mnie z owłosionymi macho, tylko za to, że cię znam. KAŻ SPAKOWAĆ MOJE RZECZY!!!- traciłem “powoli” cierpliwość.
-Jak chcesz, sorry, że tak wyszło.
-”Sorry, sorry”. “Sorry” się mówi, jak ktoś komuś na nogę nadepnie. W dupę se wsadź te twoje “sorry”
-Rzeczy spakowane sir- powiedział “Armani”
-Dzięki wielkie, że mnie obudziłeś Oss, dzięki tobie przestałem wierzyć ludziom.
Wyjechałem jak najszybciej, pojechałem na lotnisko, byle zdala od Ossa. Po kilku minutach zobaczyłem dwóch facetów w aucie za mną, jechali za mną aż do lotniska. Obym nie miał kłopotów myślałem. Myliłem się. Kolejny raz.
*********************************************************************************************************
Dlaczego ja tam pojechałem? Myślałem, że on faktycznie jest kimś. Teraz to nie ma znaczenia. Ossan nie istnieje. Myślałem dokąd pojechać.
-Bilet do Moskwy, klasą biznesową.
Jechałem do Miszy Woytenko. Stary znajomy. Był gangsterem, to fakt, ale przynajmniej mi o tym powiedział zanim poprosił o pomoc. Teraz według jego słów, mieszka z rodziną na wsi i jest farmerem, nie wiedziałem czy mu wierzyć, czy nie. Poznaliśmy się w sądzie, mój kumpel Robbie miał pierwszą sprawę, jest adwokatem, przydzielono mu Miszę. Był posądzony o przewożenie narkotyków, ale mój zdolny Robbie dał sobie radę, wygrał pierwszą sprawę!!! Dzięki niemu Misza stał się wolny i skończył z przestępczością. Po sprawie, następnego dnia poszliśmy na kolację do Marcy’s w Soho. Tak poznałem Miszę. Nie wiem, czy przypadkiem nie powrócił do “zawodu”, ale cóż, raz się żyje. W samolocie przebrałem się w garnitur, bo nie przewidziałem, że pojadę do Rosji. O dziesiątej byłem na lotnisku. Pojechałem do niego. Z Moskwy do Jaroslawla jedzie się około 1,5-2 godziny. Bardzo się ucieszyłem widząc napis “ЯРОСАВЛЬ”. Misza mieszkał dwa kilometry za skrzyżowaniem przy jeziorze. Nie wchodziłem do domu, było późno, nie chciałem budzić go i Natashy o tej porze. Nocowałem w Bentleyu. Duże auto więc nie było źle. Dlaczego nie pojechałem do motelu? Nie wiem, chciałem “zaszaleć”. Noc była zimna, w tych rejonach jesienną nocą, temperatura nie bywa wyższa niż -15 C. Obudziły mnie rozmowy przy aucie. Otworzyłem oczy, słyszałem jak mówią po malajsku. Podniosłem powoli głowę i zamarłem, to byli ci sami faceci w aucie co jechali za mną w Malezji. Położyłem się gwałtownie. Oddychałem szybko. Kim oni są do cholery? Czego oni chcą? Wyskoczyłem z samochodu, robili mi zdjęcia. Zacząłem za nimi biec, ale się zniechęciłem, bo było mi zimno, wsiedli do DMC i odjechali znikając w ciemności. Pomaszerowałem w stronę samochodu.
-Majkel’, Majkel’ Wejn? Odwróciłem się to był Misza. Ubrany w strój koczowniczych mieszkańców Rosji. Wyglądał komicznie. Wyobraźcie sobie Charlesa Mansona w ocieplanych ogrodniczkach i pledowej bluzie z futrzaną czapką na głowie, tak właśnie wyglądał Misza
-Michail Woytenko!!! AAHAHAAAA!!!!!!!!! Kope lat!!! Co tam, jak biznes?-powiedziałem myśląc, że się wypapla- co sprzedajesz?
-Zdrową żywnost’
-Taaaa, serio???-spytałem pozytywnie zaskoczony
-Sierjozno ja już nie zajmuję się tym gównem, mam żonę i dziecko. Przestałem. Nie porąbało mi do końca.
-Niestety, nie wszyscy są tacy silni jak ty.
-Co masz na myśli?
-Ossan, ten z Kuala Lumpur. Ty wiedziałeś, że on jest gangsterem?
-Eeeee, no tak, ja imu sprzedawal dragi.
Zdziwiłem się. Wszyscy wiedzieli, ale nie ja. Nie oni mu pomagali, ale to JA nie wiedziałem. Śmieszne.
-stary, zapomnij o Ossanie, wejdź do domu, nie jest to luksus jak za “moich czasów”, ale zawsze coś. Napijesz się cziaju? Natasza, idi paznakomsia s Majkam, eta moj drug- powiedział coś w tym stylu- Mike, to jest Nataszka, Nataszka, eta Majk.
-Oczien’ prijatna paznakomitsa-powiedziałem
-Mnie toże- odpowiedziała sympatyczna brunetka średniego wzrostu. Miała jeszcze piżamę. Była jej do kolan, w jakieś wzorki.
-Mogę tu u ciebie zostać na kilka dni?- spytałem
-Jeśli chcesz, to oczywiście, że tak. Nie przeskadz ci ta ubogość?
-Stary, jasne, że nie.
Ten dom, był przerobioną stodołą. Jak się wchodziło głównym wejściem, to widać byłodrabinę prowadzącą do góry, gdzie widocznie była ich sypialnia. W sumie to było zrobione tak jak u mnie. Jedno wielkie pomieszczenie, wsparte pośrodku drewnianymi kolumnami. Najbardziej zaintrygowała mnie podłoga, tam gdzie była kuchnia było siano, a reszta była okryta mahoniowymi panelami podłogowymi.
-Nie, no całkiem nieźle. Serio. Ja mam tak samo użądzone.
Usiedliśmy przy dużym dębowym stole, który był podparty czterema pieńkami średnicy koła rowerowego.
-Natasza zaraz przyniesie samowar- powiedział Misza- Sasza, biegom idi siuda- zawołał Misza. Po chwili zbiegł chłopczyk. Miał około 9-10 lat. Typowy aryjczyk. Żółte włosy, niebieskie oczy. Jak na swój wiek był niski, ale widać nie przyjmował się tym, bo ciepło i radość emanuowały od niego. Szybko schował się za tatą.
-Papa, a hto eta?*-spytał szeptem. Cały czas trzymał ojca za szyję.-Nu skaży, hto eta?
-Sasza sie pyta kim jesteś?Eta djadja Majk, skaży imu “priviet”.
-Nu pa pa!!!-”Papa”spojrzał łagodnie na syna z lekkim uśmiechem- Zdraswu..uujtje dja..djadja Majk.
-Priviet malysh. “Djadja”, jestem wujkiem. Ha!”Uncle Michael” brzmi nieźle. Ucieszyłem się. Byłem dumny z tego, że Misza się zresocjalizował, że zostałem “djadją”. Może to błahostka, ale właśnie to mnie ucieszyło bardziej niż kolejne Bugatti. Właśnie dlatego warto żyć. Inną sprawą jest to, że pieniądze może i szczęścia nie dają, ale za to pomagają żyć w nieszczęściu. Opowiedziałem mu raz jeszcze o Ossie, opowiedziałem też o tych facetach , którzy mnie ścigali.
-Wiesz co, to może być coś poważnego. No bo zobacz. Ścigają cię z Malezji. Nie mówią po angielsku, tylko po malajsku, wyglądają jak Malajczycy, więc to SĄ Malajczycy. Skup się Mike. Od kiedy cię śledzą. Przypadkiem nie od rezydencji Ossana?
Nie chciałem do siebie dopuścić tej myśli. Starałem sobie przypomnieć kiedy ich zobaczyłem. Nie, to nie mogą być ludzie Ossa, wątpię, żeby on to zataił. Chociaż? Może wysłał ich, żeby wiedzieć jak się czuję? Chciałbys!!! Pomyślałem. A może to jednak on.
-Może zadzwonić po policję i im powiedzieć czym on się zajmuje tam w Malezji, jak nie ich to FBI albo Interpol.
-Głupek, a chcesz mić kłopoty? Nie radzę naprawdę, wiesz, ja ci pomogę, ale i tak NIE RADZĘ.
Ja wiem, to było idiotyczne, ale nie zastanawiałem się nad tym. Po prostu to zrobiłem. Myślałem, że jestem mądrzejszy, że wiem co robię. To był błąd. Trzeba dwa lata, żeby nauczyć się mówić. Pół wieku, żeby nauczyć się milczeć. Wezwałem Interpol. PO 30 minutach przyjechali, aby mnie przesłuchać Opowiedziałem im wszystko co wiedziałem o Ossanie, jaka ulica, kopię rozmowy z komórki, aby potwierdzić, że go znam. Opowiedziałem o bramach, o dzieciach, o broni, o…wszystkim. Pokazali mi list gończy:
Ossan Kennan
wiek: 32
wzrost: 6′06″
narodowość: malajska
poszukiwany za: kradzieże, rozboje, gwałty, przemyty broni, narkotyków, niewolnictwo, morderstwa…
Dalej nie chciałem czytać. Podziękowali mi i wyszli, wzięli moją komórkę, nie wiem dlaczego. Misza był zły, że to zrobiłem. Patrzył na mnie ze smutkiem i zawiedzeniem w oczach. Ja teraz sam nie wiem dlaczego tak się stało. Mowa jest srebrem, milczenie złotem. Przekonałem się o tym znowu.
- Nie rozumiem dlaczego po nich zadwoniłeś. NIE ROZUMIEM. Życie ci niemiłe. Zrozum. TY nie masz nikogo. Ja mam rodzinę. Oczywiście zostań tu, ale jeśli coś się im stanie… Zabiję cię Mike. Rodzina jest dla mnie ważniejsza niż ty. Przykro mi. Zjedliśmy kolację i poszliśmy spać. Nie mogłem długo zasnąć. Miałem wyrzuty sumienia. A c0o jeśli coś im się stanie? Tym razem nie martwiłem się o siebie, ale było mi żal Miszy. Zasnąłem.
************************************************************************************************************
-Wstawaj kurwa!!! Gdzie on jest???!!!
Obudziły mnie te słowa. Wisiałem. Ręce miałem związane sznurem.
-Kto???
Mały, GDZIE ON KURWA JEST??? Nie rozumiesz???
To była bez wątpienia malajska mafia. To byli ludzie Ossana. Spojrzałem przed siebie, Misza został rozstrzelany. Obok niego płakała Natasza. Misza walczył, obok niego leżało kilku “skośnookich”, a sam miał w ręce nóż wojskowy. Patrzyłem na Nataszę, płakała, miała koszulę we krwi i była posiniaczona, te skurwiele ją biły. Małego ni śladu.
-Ostatni raz pytam, albo rozwalę jej łeb.
-Nie wiem, naprawdę, zostawcie ją, wypuśccie ją!!!
-Nie wiesz? NIE WIESZ?- Strzelił jej w kolano- a teraz? Teraz wiesz?
Nie wiedziałem co powiedzieć, jeśli bym powiedział, że nie wiem, to by ją zabił.
-Jest tam w sypialni wskazałem głową do góry, pięciu weszło, a trzech zostało.
-Szefie, NIE MA!!!
W tym momencie przyjechał SPECNAZ, zaczęła się jatka. Trupy padały i ze strony malajów i ze strony Ruskich. A ja wisiałem. Rozglądałem się za Saszą. Nie było go tam. Dostałem w plecy. Straciłem przytomność. Resztkami sił patrzyłem, gdzie jest mały??? JEST!!! IDZIE!!! UPADŁ?! NIEEEEEEE!!!!
Obudziłem się w małym pomieszczeniu. obok mnie leżało kilka osób. To był szpital. Na łóżku naprzeciwko mnie zobaczyłem napis:”ВОЙТЕНКО”. Kto to? Natasha? Sasza? Spróbowałem się podnieść, aby zobaczyć kto to. Sasza. Przeżył. Rodzice nie. Przecież on ma tylko 10 lat!!! Dlaczego??? To moja wina!!! Popłakałem się. Musiałem się z nim zaopiekować. Nie oddam go do domu dziecka. Nie oddam go nikomu.
T.B.C
calkiem niezle,moze niezbyt rozwiniete i akcja dzieje sie zbyt szybko ale niezle,naprawde….